Wiele z nas na co dzień robi minę do złej gry tylko z powodu presji społeczeństwa. Nie wypada przecież mieć kilku nadprogramowych kilogramów czy „paradować” po ulicy bez makijażu – bycie perfekcyjną powinno być przecież wpisane w nasze DNA. Tak przynajmniej sądzimy aż do czasu, kiedy rzeczywistość i problemy życia codziennego całkowicie przewartościowują nasze życie. Udawanie kogoś, kim nie jesteśmy to pierwszy krok do zatracenia swojej samooceny i samodestrukcji. Żadna z nas nie jest i nie będzie idealna – w tym właśnie tkwi piękno otaczającego nas świata. Gdyby każda z nas wyglądała niczym wyjęta z okładki „Vogue’a” czy „Cosmopolitana”, zachowanie indywidualności byłoby po prostu niemożliwe.

Odmienność lub niecodzienne podejście do kwestii dotyczących każdą z nas to nie żadna zbrodnia – wiara we własne wartości i podążanie własnymi ścieżkami to niejako oznaka odwagi i wysokiej samoświadomości. Nie każda z nas jest jednak zdolna do zmiany opinii na swój własny temat czy zwracania większej uwagi na swoje zalety, zamiast na wady. Pokochanie samej siebie nie jest wcale takie łatwe, lecz warto próbować. Zatem jak poczuć się lepiej ze samą sobą?

Po pierwsze: być sobą

Wiele z nas ukrywa się pod maską perfekcyjnej pani domu, matki, żony i kochanki, podczas gdy w naszym wnętrzu rozgrywa się prawdziwa walka o być albo nie być. Udawanie silnej i niezależnej kobiety, której nic nie jest w stanie złamać prędzej czy później odbija się na naszym zdrowiu psychicznym. Każda z nas ma prawo do chwilowej niedyspozycji, uzewnętrznienia swoich własnych emocji i gorszego samopoczucia. Nie powinnyśmy się z tego powodu winić – nie da się w pełni kontrolować swoich emocji, które tłumione w sobie stanowią wielkie zagrożenie dla nas samych oraz dla naszego otoczenia. Być sobą i być z tego dumną – taka dewiza powinna przyświecać każdej kobiecie na Ziemi.

Po drugie: pozytywne myślenie

Wiele z nas ma tendencję to pisania czarnych scenariuszy. Pesymistyczne podejście do nawet prozaicznych czynności jest prostym przepisem na nerwicę i transparentne uczucie niepokoju. Dotyczy to również własnej samooceny – zakładanie z góry, że nie podołamy zadaniu czy obowiązkom często wyzwala w nas poczucie beznadziei, przez co cierpi nasza samoakceptacja. Nikt nie jest ekspertem w każdej dziedzinie, jednak rezygnowanie już na samym początku to nic więcej jak oznaka słabości i braku wiary we własne możliwości. Choć może to zabrzmieć jak kolejny banał autorstwa pseudo-eksperta couchingu, pozytywne nastawienie do życia to podstawa sukcesu. Optymizm znacznie ułatwia zaakceptowanie siebie, swoich słabości i pozwala dążyć do samodoskonalenia.

Po trzecie: nieustanna praca nad sobą

Użalanie się nad sobą i topienie smutków w alkoholu przy każdym najmniejszym niepowodzeniu to nie najlepszy pomysł na analizowanie własnych działań i ich konsekwencji. Zdecydowanie łatwiej jest popaść w rezygnację niż zmobilizować się do pracy nad samą sobą. Bez tego jednak nie ma mowy o samoakceptacji, której nie można jednak mylić z pogodzeniem się z ponoszonymi porażkami życiowymi. Często mamy tendencję do przedkładania potrzeb innych, czy to rodziny czy przyjaciół nad swoje własne. Mała dawka egoizmu od czasu do czasu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a bycie nieszczęśliwą wpływa toksycznie również na ludzi w naszym bliskim otoczeniu. Każdy moment jest dobry, aby wziąć sprawy w swoje ręce i czerpać z życia ile tylko się da.

Dodaj komentarz